sobota, 2 lutego 2013

Pięćdziesiąt odcieni człowieczeństwa według Katarzyny Michalak


Dawno, dawno temu w malowniczej krainie skąpanej w cypryjskim słońcu żyła sobie branka Sonia, zamknięta w murach pilnie strzeżonej twierdzy.  Dniami i nocami wypłakiwała oczy z tęsknoty za dzielnym rycerzem Raulem- jednym, który mógłby uwolnić ją ze znienawidzonego więzienia. 

Oto na rynku wydawniczym pojawiła się nowa książka autorki „Poczekajki” o tajemniczym tytule „Mistrz”.  Sięgnęłam po tę powieść, przyznaję z nutą niedowierzania, trochę przekory, jakoże jestem świeżo po lekturze trylogii E L James czyli słynnego Grey’a.  Mogę z czystym sumieniem ogłosić wszem i wobec:  „Mistrz” polskim Grey’em z pewnością nie jest.  Nie można i nie powinno się go przez pryzmat tej amerykańskiej serii oceniać. Powieść Katarzyny Michalak to zjawisko same w sobie:  ciekawe i świeże, niebanalne. Tak więc autorka lekkich i przyjemnych kobiecych powieści sięga do mroków ludzkiej duszy, robi to jednak z właściwą sobie wrażliwością i taktem. Nie rezygnuje jednak z konwencji baśni , używanej we wcześniejszych swoich książkach.  W baśniach zawsze zwycięża dobro, zło zostaje pokonane i wystawione na pośmiewisko. W głębi duszy każdy z nas tęskni za taką wizją świata. Z  całym przekonaniem mogę stwierdzić , ze „Mistrz” jest jak zwierciadło, w którym możemy się przejrzeć, skonfrontować z naszymi najgłębszymi  pragnieniami, nie bać się do nich przyznać, pozbyć się „głupiego” wstydu i zażenowania. Nic co ludzkie, co mieści się w człowieczej naturze nie jest mi obce.  Różne, przeróżne odsłony człowieczej duszy odkryłam w książce pani Kasi.

Bohaterowie powieści Katarzyny Michalak przechodzą długą drogę, by zrozumieć, co jest naprawdę dla nich ważne. Autorka odkrywa przed nami także kolejną słodko-gorzką prawdę o życiu: dobro i szczęście muszą zostać okupione cierpieniem.Wartka akcja, malownicze krajobrazy, sensacyjna fabuła -  scenariusz prawie jak z hollywoodzkiego filmu -  to wszystko znajdziemy w „Mistrzu”.  Niezwykle wyraziste, charakterystyczne postacie – poczynając od niewinnej Soni na drapieżnej, demonicznej Andżelice kończąc  dodają powieści pikanterii. W samych imionach bohaterek doszukiwać się można wyrafinowanej symboliki: Sonia z greckiego „Sophia” czyli mądrość, rozwaga, czystość. Andżelika zaś, Angela – anioł, a raczej demon seksu,  wulkan pożądania. Obie postacie mocno ze sobą kontrastują, paradoksalnie nawzajem się uzupełniając. Wysuwa się z tego następujący wniosek: świata nie można postrzegać tylko i wyłącznie w odcieniach czerni czy bieli. Człowieczeństwo „Mistrza” ma wiele odcieni i na szczęście nie są to odcienie szarości, a cała feeria barw.

Erotyczne sceny w „Mistrzu” są bardzo wysublimowane,  momentami niemal mistyczne.  Całość dopełnia barwne i plastyczne obrazowanie, co zawdzięczamy doskonale dopracowanemu warsztatowi pisarskiemu autorki. Więcej Ci nie zdradzę, Drogi Czytelniku. Czytaj i delektuj się.

Pewnego dnia księżniczka niespodziewanie opuściła swoją twierdzę. Jak się później miało okazać, było to jedyne bezpieczne miejsce w tej zwodniczo pięknej krainie. Poznała jednak smak miłości i rozkoszy.  Za to będzie mu wdzięczna. Na zawsze.

 

czwartek, 12 lipca 2012

Pewien sen

Któregoś dnia miałam dziwny sen. Było to chyba z półtora roku temu, jeśli dobrze kojarzę. Nie pamiętam go dokładnie, tylko jakieś strzępki zdarzeń, słów, osób. Wtedy napisałam to opowiadanie, które przypadkiem znalazłam dziś na swoim pendrivie.

Miarowy stukot kół pociągu zagłuszał wszystkie niepotrzebne myśli. Potężna maszyna rozpędzała się powoli, sapiąc i dysząc przy tym niczym bajkowy stwór. Nieprzeciętny żar lał się z nieba, w końcu był sam środek lipca. Molly przez okno obserwowała mijane krajobrazy. Myślała o Emanuelu, o ich ostatniej kłótni, w wyniku której znalazła się sama w tym pociągu, w dusznym przedziale wśród tych obcych, zmęczonych twarzy. „Sama jesteś sobie winna”- powtarzała w myślach. „Może nie trzeba było unosić się dumą, gniewem, tylko przeprosić, przeczekać”- nie dawało jej spokoju. Spojrzała na wyświetlacz telefonu komórkowego. Żadnej nowej wiadomości. Cisza. Cisnęła telefon do torebki i postanowiła nie czekać. Jak zechce to napisze. Jak zrozumie. Że ona też ma prawo mieć gorszy dzień, humorki. Że on nie musi się od razu zaraz obrażać, nie wsiadać do pociągu. Z takimi to myślami biła się Molly tego upalnego lipcowego popołudnia.

Raptem jej powieki  stały się coraz cięższe i cięższe, aż w końcu dziewczyna zapadła w sen. Obudził ją grzmot. Molly bezwiednie przetarła oczy. Wyjrzała przez okno. Na zewnątrz rozpętała się nawałnica. Wiatr targał wte i wewte gałęziami drzew,  na szybie szkliły się kropelki deszczu.

Niebo pokryły złowieszcze chmury. Molly niespokojnie rozejrzała się po przedziale. W kąciku skulony siedział mężczyzna w czarnej pelerynie. Nie, to musiało się jej przewidzieć.  Być może resztki snu zniekształciły obraz rzeczywistości. Bała się przyznać przed samą sobą, że to, a raczej ten Ktoś nie jest tylko wytworem jej wyobraźni. Tam siedział Pan Zły. Bała się go od dzieciństwa.

Był czarnym charakterem maminych opowieści, w których jednakże zawsze zwyciężało dobro nie zło. Pana Złego z góry więc skazano na porażkę, co mimo wszystko nic a nic nie umniejszało jego straszności, gdy tak patrzył na Molly swoimi małymi, podłymi ślipkami. Dziewczyna odwróciła wzrok i czekała na rozwój wydarzeń. Pan Zły nie odezwał  jednak się ani słowem. Trwała tak zawieszona w ciszy, a każda sekunda wydawała się być wiecznością.  Następne spojrzenie posłane  stronę kącika ujawniło, że  Pan Zły rozpłynął się bez śladu. A może nigdy nie istniał ?

Rozmyślania przerwał dźwięk komórki oznajmiający nadejście nowej wiadomości. Emanuel napisał. Tak, to z pewnością on napisał. „Co tam Słoneczko ? Jak Ci minęła podróż?' Ta ich kłótnia w ogóle była bezsensowna. Musi mu to powiedzieć, natychmiast. Ochrypłe „Słucham?” rozległo się w słuchawce. Telefon odebrał obcy jej człowiek. Bo to z pewnością nie był jej Emanuel. Rozłączyła się przerażona. Tymczasem pociąg zatrzymał się na stacji, a z głośników popłynął aksamitny głos konduktora, oznajmiający stację końcową. Molly ogarnął niepokój. To miejsce nie przypominało jej rodzinnego miasteczka. Wręcz przeciwnie. Pełno tu było ludzi goniących nie wiadomo gdzie i za czym. Molly ledwo udało się wydostać z tłumu i przycupnąć na ławce. Musiała zebrać myśli. Coś tu było nie tak. Najpierw ten dziwny człowiek w pelerynie przypominający Pana Złego, teraz miejsce, którego nigdy w życiu nie widziała na oczy, chociaż jechała tym samym pociągiem, co zawsze. To wszystko zdawało się być co najmniej dziwne. Nawet słońce świeciło jakoś inaczej. Przyszło jej do głowy, że może dalej śni. Tak, może dalej siedzi w przedziale pociągu wiozącego ją do domu. Uszczypnęła się za rękę. Poczuła piekący ból. Więc jednak nie śpi. To się działo naprawdę. Wtem podeszła do niej starsza, zgarbiona kobieta. „Dzień dobry, przepraszam chyba się zgubiłam”- zaczęła nieśmiało Molly. „Nie szkodzi moje dziecko, nie ty pierwsza tutaj się zgubiłaś”-odparła staruszka. „Proszę mi powiedzieć gdzie ja właściwie jestem”- zapytała dziewczyna. „To miejsce nazywa się Nigdzie Skarbie, bardzo zapomniane przez ludzi miasteczko”. „Co pani mówi, tylu ludzi widziałam na dworcu, bardzo się wszyscy gdzieś spieszyli”- odparła Molly. „Pewnie dążyli do Nikąd, to sąsiednia miejscowość”- słabo uśmiechnęła się kobiecina. „Pani mi kogoś przypomina”- skojarzyła dziewczyna. „Jestem Zębową Wróżką, Molly, znasz mnie z dzieciństwa, z opowiadań twojej mamy”- odpowiedziała Zębowa Wróżka. „Chyba rzeczywiście zwariowałam”- westchnęła Molly. „Chodź, pokażę ci coś”- odparła Wróżka i chwyciła dziewczynę za rękę, zanim ta zdążyła zaprotestować. Weszły do ogromnego gmachu. Był to budynek sądu. Na sali toczyła się rozprawa. Molly ujrzała płaczącą kobiety i tłum przekrzykujących się nawzajem ludzi. „Nie zgadzam się, to moje dziecko” łkała kobiecina. Potem sąd wydał wyrok. „Nakazuję nie odłączać dziecka od aparatury podtrzymującej życie”- ogłosił mężczyzna w todze. Molly popatrzyła na płaczącą kobietę i ścisnęło się jej serce. „Zębowa Wróżko, bardzo żal mi tej kobiety”-powiedziała dziewczyna. Wróżka uśmiechnęła się lekko. „wszystko będzie dobrze dziecko, zobaczysz”. „Chciałabym już wrócić do domu”-odparła Molly. „jeszcze trochę tu zostaniesz, ale potem wrócisz, obiecuję. Teraz w związku z katastrofą kolejową odjazdy wszystkich pociągów z naszej stacji zostały wstrzymane. Musisz być cierpliwa”- powiedziała Wróżka, spoglądając czule na dziewczynę. Molly poczuła ulgę, cokolwiek to miało w jej sytuacji znaczyć. Znalazła się sama w obcym miejscu, nie licząc obecności Wróżki, bez szans na wydostanie się stąd. Rozładowany telefon dziwnie ciążył jej w kieszeni,  bezlitośnie przypominał o braku kontaktu z zewnętrznym światem, z rodziną, z Emanuelem. I tak Molly zamieszkała u Zębowej Wróżki. Mijały kolejne dni, nie przynoszące szans na powrót do domu. Krople deszczu smutno dudniły o szyby, świat wydawał się zamierać w marazmie. Tego dnia, kiedy umarła już resztka nadziei, Molly spotkała Pana Złego.

Wydawał się jeszcze bardziej ponury niż tamtego dnia w pociągu. Dziewczyna rzuciła się do ucieczki, ale Pan Zły biegł tuż za nią. „Nie uciekaj !”- krzyczał ponurym głosem- „zostań ze mną”.Molly czuła, że nogi odmawiają jej posłuszeństwa. W końcu stanęła z Panem Złym twarzą w twarz. Spoglądały na nią przerażające czarne ślipia, które z całą pewnością nie należały do człowieka, raczej do dzikiego zwierzęcia. Pan Zły powtarzał jak mantrę: „Nie uciekaj, zostań ze mną”. W tym momencie Molly poczuła, że świat wokół niej zawirował, a ona sama powoli sama zapadała się w ciemność.

Obudziła się w plątaninie rurek, a obok jej łóżka monotonnie dźwięczały monitory.

Zobaczyła mamę drzemiąca na fotelu. Jakim cudem znalazła się w szpitalu ? Próbowała przypomnieć sobie zdarzenia ostatnich godzin, ale poczuła, że strasznie boli ją głowa.

Chciała krzyknąć „Mamo!”, jednak wydobyła z siebie tylko zduszony szept. Mama otworzyła oczy.

Spojrzała na Molly z czułością, a w jej oczach zaszkliły się łzy. „Molly Kochanie, ja wiedziałam, cały czas wiedziałam, że się obudzisz”-załkała. „dlaczego płaczesz mamo? Co się stało, jak się tu znalazłam ?”- zapytała zdziwiona reakcją mamy dziewczyna. „Kochanie, nic nie pamiętasz, to nic, nie musisz pamiętać, ten wypadek, katastrofa kolejowa, uderzyłaś się w głowę” -tłumaczyła mama.

„Mamo, kiedy to było ?” spytała Molly. „Pół roku temu Skarbie, pół roku byłaś w śpiączce”. Nagle wszystko stało się jasne. Molly rozejrzała się po szpitalnej sali.
"Nigdzie" zniknęło.

wtorek, 29 maja 2012

Kwiat paproci


Był sobie chłopiec. Miał dobre serce. Nie potrafił bezczynnie patrzeć na ludzkie cierpienie. Litował się nad zwierzątkami. Dzielił się wszystkim, co miał. Chłopiec był smutny, bo wydawało mu się, że jego bliscy go nie zauważają, jakby był niewidzialny. Czuł się bardzo samotny. Pewnego dnia ruszył z domu szukać swego szczęścia. Nie wiedział jeszcze wtedy tego, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Chłopiec szybko odnalazł swój skarb. Mógł mieć wszystko, co tylko sobie zamarzył. Pałace, złoto, diamenty – blichtr bogactwa nie zdołał zabić wrażliwości chłopca. Pomyślał o swoich bliskich, o lepiance pośrodku lasu i schorowanych rodzicach. Zapakował, ile mógł złota i szlachetnego kruszcu, związał tobołek i ruszył w powrotną drogę do domu. Bliscy ucieszyli się na widok. Uściskali go radośnie, widząc złoto i drogocenne kamienie. Już nie czuł się niewidzialny. Rozpierała go duma, że wreszcie jest potrzebny. Nikt mu już nie wytykał piegowatych policzków, nie naśmiewał się z odstających uszu. Chłopiec zabrał rodzinę do miasta, kupił każdemu co ten tylko sobie zamarzył, a za dwa największe diamenty – ogromny dom z jasnym, przestronnym ogrodem. Chłopiec był szczęśliwy. Mijał czas, a kosztowności chłopcu ubywało. Stał się takim samym zwyczajnym chłopcem, jak na początku naszej opowieści. Wtedy stała się rzecz niezrozumiała i przedziwna. Bliscy znowu przestali go zauważać. Na każdym kroku wytykali mu, niby żartem, jakim to jest nieudacznikiem, że nie potrafi sobie przypomnieć drogi do pałacu z kosztownościami. „Mógłbyś przynieść nam jeszcze trochę”; strofowali go. Chłopiec poczuł się zraniony. Dobre, mężne serduszko zmieniło się w zimny, szary głaz, który od tej pory miał tkwić w piersi chłopca jak zadra. Zapomniał wtedy, że urodził się pod szczęśliwą gwiazdą. Wziął pusty tobołek i powędrował przed siebie. Przed nocą dotarł do chatki starej czarownicy. Wzięła chłopca za rękę i pokazała gwiezdną mapę nieba ukrytą w szklanej czarodziejskiej kuli. „Od tej pory będziesz szczęśliwy, bo nauczysz się kochać samego siebie bez względu na wszystko”- rzekła poważnym tonem. Następnie podarowała chłopcu księżycowy kamień zawieszony na skórzanym rzemyku. „To Twój talizman i będziesz go strzegł, zapamiętaj”- przyłożyła chłopcu kamyk do piersi i natychmiast rozkruszył się głaz, który nosił zamiast serca. „Pamiętaj, że cokolwiek zrobisz dobrego, czy złego to kiedyś do Ciebie wróci”. Chłopiec podziękował czarownicy i ruszył w dalszą drogę. Czuł, że otwiera się przed nim zupełnie nowy świat i nowa przygoda. Uwierzył, że dobro do niego kiedyś wróci. Wcześniej czy później.

piątek, 18 maja 2012

Anioł Stróż

Myślę, że niektóre wydarzenia i osoby nie zasługują na to, żeby zostać zapomniane. Warto pamiętać je  w czasie, kiedy szara powtarzalność codzienności mocno daje się we znaki. Mam kilka, może nawet więcej takich wspomnień.
Dworzec PKS w Białymstoku,  czerwiec 2010, dokładnie który nie pamiętam. Jest około godziny, dziewiętnastej, może dwudziestej. Za chwilę ma zostać podstawiony autobus relacji Białystok-Trójmiasto. Stoję trochę zmarznięta (dzień do pogodnych i ciepłych nie należy) przy dworcowej wiacie. Mam przy sobie niedużą torbę i mnóstwo marzeń, planów, wyobrażeń na temat mojej ukochanej, wymarzonej przyszłej Pracy. Jadę właśnie na rozmowę, właściwie to formalność, bo już wszystko ustalone. Pierwszy raz w życiu sama, tak daleko. Poprzedniego dnia ukończyłam szkołę, studium farmaceutyczne, odebrałam dyplom. Zdecydowanie nie chciałam jednak pracować w zawodzie. A wizja na temat nowej Pracy, uskrzydlała, dawała wolność. I co najważniejsze, od tej pory mieliśmy pracować razem, ja i mój K. Serce pękało mi za każdym razem, kiedy musieliśmy się rozstawać w każdą niedzielę. Wreszcie razem . I to nie byle jak, nie byle gdzie, chociaż i tak było mi to obojętne, oby z Nim. Od tej pory mieliśmy żyć "na walizkach", spać w hotelach, jadać w resturacjach, zwiedzać Polskę. Kiedy czuję że dosłownie rozpływam się w swoich marzeniach, podjeżdża autobus. Wsiadam i zostawiam za sobą pewną część mojego życia. Zamykam pewien rozdział nieodwołalnie i ostatecznie. Bardzo tego chcę. Noc snuje się powoli, mijane widoki zaczynają tonąć w ciemności. Nie chcę zasypiać, czuję się zbyt podekscytowana. Spoglądam na pasażerów. Większość śpi. Moją uwagę przykuwa starszy, chudy, szpakowaty mężczyzna. Przygląda mi się. Odwracam głowę. Bezczelny typ. Zamykam oczy i nagle jest już piąta rano, dworzec PKS w Gdyni, wysiadam. Zimne, betonowe miasto brrrr.. Do ósmej jeszcze trzy godziny. Trzy godziny czekania na pustym dworcu. Wszystko zamknięte, nawet nie mam gdzie napić się herbaty. Na szczęście czas płynie w miarę szybko, udaje mi się przetrwać. Wsiadam do taksówki. Wkrótce jestem już w firmie, stresuję się ogromnie. Niepotrzebnie, formalności idą jak z płatka, udaje mi się nawet zaliczyć wizytę u lekarza medycyny pracy w Gdańsku. Mogę wracać do domu, gdzie czeka na mnie mój K., który niedługo pewnie zdąży już zjechać na weekend z okolic Opola. I tu pojawia się problem. Jest po czternastej, a autobus powrotny mam około północy. Nowopoznana koleżanka z biura sprawdza mi rozkład pociągów. Jest pociąg o 15.30. Aż wstyd się przyznać, ale do tej pory jeszcze w życiu nie jechałam pociągiem. I ta moja nocna eskapada autobusem była wynikiem strachu o mnie mojej mamy, która podróżowanie polską koleją, SAMEJ, szczególnie dla 23- letniej dziewczyny uważa za nazbyt niebezpieczne. Nie zastanawiam się długo. Nie mam wyboru. Na pewno bezpieczniej jest wsiąść do pociągu o 15.30 niż stać na dworcu PKS o północy. Udaję się na dworzec PKP w Gdańsku (swoją drogą - naprawdę piękny). W międzyczasie przeżywam przygodę "taksówkową". Po pierwsze nie mam pojęcia, w której części miasta jestem, po drugie nie mogę znaleźć w tej okolicy postoju taksówek, a numer spisany z tablicy ogłoszeń w przychodni jak na złość nie odpowiada. Dzwonię do mamy, mama wyszukuje w internecie numer jakiejś gdańskiej korporacji, dzwonię i zamieram: czas dojazdu 30 minut... Nie zdążyłabym na pociąg. Idę więc przed siebie, zupełnie nie mam pojęcia gdzie i nagle przede mną wyrasta... postój taksówek :-) Docieram bezpiecznie i w miarę szybko do dworca, kupuję bilet i szukam właściwego peronu. Udaje mi się go znaleźć bez problemu. Na peronie zauważam znajomą sylwetkę. Zaraz, zaraz skąd ja... To mężczyzna z autobusu. Popatrzyłam w jego kierunku i odwzajemniłam uśmiech.  Zrobiło mi się jakoś mniej nieswojo i mniej obco pośród tłumu tego obcego mi miasta. Za chwilę rozmawialiśmy już jak dobrzy, starzy przyjaciele.  Na dworzec odprowadził go syn. Nie mam pojęcia dlaczego obdarzyłam tego starszego człowieka sympatią, raczej jestem nieufna, chociaż łatwo nawiązuję kontakty. Nie przypominał przysłowiowego "moherowego bereta". Miał coś dobrego w uśmiechu. Tak samo jak ja wracał do Białegostoku, przyjechał do syna w odwiedziny. Okazało się, że jest z zawodu ślusarzem, ma tytuł mistrzowski w swoim fachu i miał w Gdańsku jakieś warsztaty czy mistrzostwa. Opowiedziałam mu o swojej nowej pracy, o tym, że pierwszy raz jadę pociągiem i że trochę się boję jechać sama, tym bardziej, ze na miejscu będziemy w nocy. Uśmiechnął się tak jakoś dobrodusznie, uniósł szpakowate brwi i powiedział, żebym się nie martwiła, bo już jego w tym głowa, żebym dotarła do domu bezpiecznie. Będzie moim aniołem stróżem. Znaleźliśmy miejsca w drugiej klasie, podróż mijała w miarę spokojnie, chociaż przydarzył się nam "najazd" kibiców piłkarskich drących się wniebogłosy, w sąsiednim przedziale chłopaki rzucali w siebie butelkamiz piwem. Mimo wszystko czułam się bezpiecznie. Mama też uspokoiła się faktem, że nie jadę sama, tylko z sympatycznym, starszym panem. Dotarliśmy do Białegostoku z niewielkim opóźnieniem. Widząc wieże znajomego kościoła poczułam się już naprawdę w domu. Starszy pan też cieszył się, że to już Białystok, cel naszej podróży. Pociąg ociężale wtaczał się na peron, podziękowałam staruszkowi za bycie towarzyszem mojej pierwszej tak dalekiej samodzielnej podróży (w myślach karcąc się za to, że źle go oceniłam na początku, jeszcze wtedy w autobusie). Odpowiedział, że cieszy się , że wypełnił swoją misję i bezpiecznie dostarczył mnie do domu, teraz już nie będzie mi przeszkadzał , powiedział jeszcze, że nie zważając na to co mówią inni powinniśmy zawsze żyć po swojemu i spełniać swoje marzenia. Uścisnęłam jego rękę. Wybiegłam z pociągu wprost w ramiona mojego K. Odwróciłam się, żeby jeszcze raz podziękować mojemu towarzyszowi, ale jego już nie było. Jakby rozpłynął się w powietrzu, a w zasadzie w tłumie podróżnych na białostockim drugim (albo trzecim, już nie pamiętam) peronie. Ogólnie dziwna, ale bardzo pozytywna historia. Może ten straszy pan rzeczywiście był moim Aniołem Stróżem ?  Pomógł mi bezpiecznie przetrwać podróż, dał kilka mądrych rad. Mówił, że z natury jest wędrowcem i pewnie tak mu już to zostanie. Wierzcie czy nie, ta historia wydarzyła mi się naprawdę i starałam się ją opowiedzieć odtwarzając szczegóły najdokładniej jak tylko pamiętam. Jest to dla mnie bardzo cenne doświadczenie. Nauczyło mnie, że są jeszcze na świecie dobrzy ludzie. A może to Anioły ?.....
P.S. Chciałam w tym miejscu serdecznie podziękować Panu Ślusarzowi, który tego czerwcowego dnia 2010 roku jechał ze mną w drugiej klasie pociągu realcji Gdynia- Białystok (tak, tak wsiadaliśmy w Gdańsku) i pomógł mi uwierzyć w dobrego człowieka. Być może to bardzo mało prawdopodobne, wręcz niemożliwe, żeby przeczytał ten wpis, jednakże z szacunkiem pochylam głowę i jeszcze raz serdecznie Mu za wszystko DZIĘKUJĘ....
Nic się nie zdarza, jeśli nie jest wpierw marzeniem. (Carl Sandburg)

wtorek, 15 maja 2012

Obyś ciekawe życie wiódł....

Tak sobie siedzę i myślę. Myślę, jakby wyglądało moje życie gdybym parę lat temu podjęła inne decyzje. I do jakich wniosków dochodzę? Że nic bym nie zmieniła. Mam wspaniałego mężczynę u boku, mam gdzie mieszkać i co jeść, przeżyłam ciekawą przygodę"wyjazdowo-pracową", mogę się uczyć (co prawda zaocznie, ale zawsze). To nic, że nie mogę znaleźć pracy, że nie mam pieniędzy, że  mój bezsensowny zawód wcale nie rokuje znalezieniem pracy, że jestem po prostu wobec tego bezsilna. W ogóle jakoś mnie ostatnio wzięło na przemyślenia, stuknęło mi nie tak dawno ćwierćwiecze.
Miałam dzisiaj rozmowę o pracę. Pierwszą od czasu wysłania miliona CV. I jest mi smutno. Bo mogłam wypaść lepiej, może być bardziej pewna siebie. Zadzwonimy. Głęboki wdech i wydech, wdech i wydech. Już jestem spokojna. Muszę się sama przekonać do siebie. I tak zrobię. Postanowione.